czwartek, 30 listopada 2017

Łap-etki

Łap-etki to taki śmieszny twór, skarpetki ręczne z kapturkiem ;) Śmieszne, wiem, ale przyznam się szczerze, że plan był kompletnie inny. Tuż po zakończeniu mitenek w oranżach (klik)  postanowiłam zmierzyć się z klasyczną rękawiczką z palcami. I wiecie co? POLEGŁAM! bazując na mitenkach dodziergałam do paluszków i potem nawet udało mi się wydziergać całe 3 z pięciu w pierwszej rękawiczce, by obiektywnie stwierdzić, że tego się nie będzie dało nosić! Niby wszystko było w porządku, ale dziury jakieś mi powyłaziły, paluchy były nie wystarczająco długie, lub wręcz przeciwnie, zmieściłyby mi się w nich jeszcze tipsy mutanty.. Odpuściłam.. Zwyczajnie poległam i odpuściłam. Zostawiłam jedynie kciuka, i tak okrojoną z paluszków rękawiczkę, potraktowałam w identyczny sposób jak oranżowe mitenki. Jedynie zadbałam o to, by ich górna krawędź była jednokolorowa.. W trakcie dziergania już mi się w głowie plan utkał, że ja to jednak lubię mieć wolność w paluszkach, ale ciepła też im nie odmówię. Dlatego też właściwie bez większego żalu wydziergałam zamiast czterech, jeden, ale za to wielki paluch, pozostawiając opcję "świeżego powietrza" paluszkom ;) Dziergając, nie uległam Połówkowi, który widząc co powstaje, sugerował doszywanie oczków, uszków i innych wynalazków, żeby te kapturki naręczne odpicować i stuningować, nadając im niepowtarzalny charakter.. ;) Fascynuje mnie to, że pomimo upływu czasu i postępującego siwizną oprószenia, wciąż Połówkowi w głowie dodatki na miarę 5-latka. Zrobię mu kiedyś takie! A co.. i nawet będę zmuszać żeby nosił! Do biura.. na spotkanie.. trudno, jeśli witając szefa na parkingu zimową porą, będzie musiał wyciągnąć łapkę z zielonego Kermita :D 

Ostatecznie stwierdziłam, że ja to już na uszy i oka, nawet zezowate, jestem jednak za poważna ;) Ale wąsy.... chyba właśnie mi się w głowie zrodził plan wąsaty! i kosmaty.. :) 

Rzeczywiście, chociaż się nie spodziewałam, że tego momentu dożyję, doceniam wyższość mitenek nad klasyczną rękawiczką. Bo te są po prostu o niebo łatwiejsze! I już wiem dlaczego świat zdominowany został przez łapki ubrane w połowie.. No własnie dlatego!

Dobra, dosyć gadania - zapraszam Was na foty dokumentujące! 






Na sesję zabrałam "Uścisk Przyjaciela"... To szal przeogromnie dla mnie ważny! Pamiątka z pewnego wspaniałego, trwającego niczym oka mgnienie, chciałoby się rzec upojnego, ale tak naprawdę cudownie przedzierganego weekendu! Wiecie kto jest jego autorem? Kto z Was zgadnie? to nie ja.. ale mam nadzieję potraficie rozpoznać Twórcę! :) 
te chwosty i te kolory...!!!! 



Właściwie już w 3 minucie sesji fotograficznej Połówek mnie "zmusił" do poświęcenia.. Zapomniał, że takie foty to się robi już na samym końcu.. Ostatecznie, prawie bez łez się nie obyło.. a śnieżnobiały kciuk już na zawsze będzie nosił ślady mchowego uścisku.. Ale to nie szkodzi.. będzie co wspominać, patrząc na tę wieczną ziemistą plamę ;) 



Obawiam się, że tym postem wyczerpałam serię prac zakończonych, ponieważ właśnie wkroczyłam w planowanie wiosennej garderoby. Wzory się spisują, i mam nadzieję wkrótce będą się testować, by styczniową porą zasypać Was możliwościami :) A ja już zacznę dziergać z myślą o słonecznych otuleniach. Jeśli coś nowego się w tym czasie wykluję, przybiegnę zameldować i Wam.

W grudniu zamierzam się odrobinę wyciszyć i blogowanie odstawić na boczny tor. Będzie mnie z pewnością więcej zarówno na mojej grupie, jak i na instagramie. Nie zarzucam blogowania, nie, zwyczajnie potrzebuję poświęcić czas na coś innego, na życie i pracę. Ale mam nadzieję, że mi wybaczycie tę moją krótką przerwę, bo mam nadzieję, że jak to ostatni czas pokazał, wrócę do Was z większą energią i pomysłami już wkrótce. A i Wy za mną trochę potęsknicie i będę Wam lepiej smakować ;) 

Dziergajcie! bo zima idzie i święta za pasem! i niech się sznurek nigdy nie kończy! :)

Do następnego razu! :*


poniedziałek, 27 listopada 2017

mitenki i Tied Knots

Po wykonaniu skarpetek z mojej pasiastej farbowanki (klik) została mi całkiem sporych rozmiarów kuleczka. Po nastu skarpetkach wykonanych w ostatnich tygodniach, nie miałam już siły na kolejną parę. Przypomniało mi się jednak, że w swojej wcale nie tak przepastnej szufladzie z akcesoriami z dzianiny brakuje mi zwyczajnych mitenek. Mam co prawda kilka czapek, szali i chust, ale rękawiczek jakoś nie, nie mówiąc już o mitenkach. Paskujące się włóczki doskonale sprawdzą się i w takim projekcie. Moje powstały ściegiem gładkim, dzięki któremu paski stanowią w nich jedyną dekorację.. Zakończone z dwóch stron rundkami lewych oczek. Proste i bez udziwnień. Zwyczajne. Ale nie tak do końca.. bo całkowicie moje :) sasasa! 

Na sesję zdjęciową zabrałam ze sobą czapkę, którą wykonałam już dwukrotnie (trzecia w trakcie!), jedną, tę poniższą, dla siebie, drugą dla Połówka, trzecia też będzie dla mnie.. Dlaczego aż tyle? Bo zwyczajnie ją uwielbiam! Ściągaczowe czapki doskonale trzymają się na mojej głowie, a ten konkretny projekt fantastycznie się dzierga. Wzór szybko wpada w pamięć i jest doskonałym dodatkiem do wieczornego oglądania telewizji. Subtelne warkocze i świetnie skonstruowana korona.. Dzierga się ją równie przyjemnie, co nosi. Właściwie, wydaje mi się być doskonałym materiałem do ćwiczeń podstawowych warkoczy! Nawet, jeśli nie zwłaszcza, dla początkujących! 

To projekt Justyny Lorkowskiej, Tied Knots (klik), dostępny dla wszystkich za darmo, świetny kawałek dzianiny! Moja czapka wydziergana została z Malabrigo Rios w kolorze Marte. Trudny to kolor do aranżacji, bardzo trudny, ale uwielbiam jego mroczną soczystość. 

Oto one i ja! :) 










Przyznaję się, że to moje pierwsze mitenki. Nie do końca rozumiałam skąd tak ogromna popularność skarpetek na łapki, ale już wiem! 

Przekonałam się o tym na własnej skórze! 

Ale o tym, co odkryłam, opowiem Wam już następnym razem! 

Pozdrawiam ciepło, życząc Wam wełną otulonego tygodnia! :* 

sobota, 25 listopada 2017

Ramble

Brioszka.. któż jej nie wielbi.. misternie zapleciona, puchata, smakowita.. i najlepsza z kruszonką! 

A nie.. przepraszam, nie o tej brioszce chciałam dzisiaj Wam ze dwa słowa i pół opowiedzieć ;) Chociaż ta brioszka, o której dziś mam zamiar poopowiadać, jest równie puchata i popleciona, i z pewnością smakowita ;) 

Ścieg patentowy, splot marzenie, niby włóczkożerny (minus), ale swoją mięsistością i grafiką, jeśli wykonany dwoma kolorami, wynagradza trudy i znoje podczas dziergania po wielokroć. Nie ma innego równie magicznego splotu, no nie ma! i nic dziwnego, że zwyczajnie świętuje swoje pięć minut! 

Jako dziewiarka lubiąca wyzwania, sięgnęłam po projekt pozornie prosty, ale jakże efektowny. Niby tylko brioszka, niby w dwóch kolorach, a tak pięknie zmalowana zakrętami.. Mało tego, sam szal, chociaż to zwyczajny kopnięty trójkąt, już mnie swoim kształtem zachwycił. Nosi się to fantastycznie, zawinięty byle jak, albo lekko narzucony, zdobi, grzeje, i zwyczajnie robi za mnie całą robotę. Uwielbiam takie zawijasy, które nie wymagają ode mnie żadnej dodatkowej pracy podczas zakładania, a zdobią niemożliwie za każdym razem. 

Ramble według projektu Andrei Mowry (klik), bo o nim dziś mowa, to moim zdaniem szal dla wszystkich Was, które już chociaż trochę liznęły brioszkę. Wzór w całości prowadzi nas za rączkę, nie pozostawiając wątpliwości, ale uwagi zdecydowanie wymaga. Jedna pomyłka i prucie jest niezwykle bolesne - prułaś kiedyś brioszkę? nie?? lepiej nie próbuj.. to naprawdę boli ;) 

Do swojego szala wybrałam włóczkę z zapasów na zimę, Gilliatt od De Rerum Natura. W odróżnieniu od oryginału, mój szal w części garterowej powstał w innych proporcjach, bo 3 do jednego, zamiast sugerowanego jeden na jeden. Poza tym zmian brak. 

Wiecie.. doskonałych projektów się nie ulepsza;) 

Serdecznie zapraszam Was na nasze zdjęcia. 

Jak zwykle, Połówek pstrykał, a ja ciągle nie wiem jak on to robi, że sama się sobie na tych zdjęciach podobam.. ;) Trudno mi zazwyczaj na siebie na zdjęciach patrzeć, ale te Jego rękami i Jego okiem uchwycone zwyczajnie lubię.. i lubię to jak On mnie widzi.. 

Z przyjemnością zapraszam Was na dzisiejszy spacer, przez błoto i grząski grunt, nad staw magiczny, bo jesiennymi liśćmi skąpany.. magiczne wodne oczko.. 












I tak, wiem doskonale, że brązy to nie są moje kolory! Musze sobie wydziergać jeszcze jeden taki, a ten zamierzam sprezentować komuś, komu te odcienie jednak bardziej posłużą.. ja już wiem jaki następny zrobię ;)

A Ty? wybrałaś już kolory na swój? a może masz jednego w swojej szafie??

Pozdrawiamy Was z Połówkiem serdecznie i życzymy Wam słonecznego weekendu.. :*


środa, 15 listopada 2017

skarpetkowe farbowanie..

Nie, nie przebranżowiłam się jeszcze.. :D 

Ale kto bogatemu zabroni się pobawić.. 

Sznury rozwiesiłam na dwóch urzędowych krzesełkach, obliczając najpierw dystanse niezbędne do uzyskania przebiegu pasków takich, jakie mi się marzą. Krzesła rozstawiłam, i niczym filozof myśliciel, rozpoczęłam wędrówkę tam i nawrót, pokonując w sumie dystans łącznie ponad 1200 m (3 motki po 400m w 100g), w jednej ręce trzymając rozwijającą się parasolkę.. plecy czuję do tej pory :D 



Wrzuciłam do gara wraz z barwnikami, w przypadku pierwszego motka, niczym heroinista na głodzie dozując bez umiaru, bez kontroli jakiejkolwiek, licząc na efekt zgoła odmienny od "wrzuciłam ile wlezie, bo nie umiałam się opanować", ale wyszło jak wyszło - efekt tego szaleństwa już ubiegłego wieczoru postanowiłam przewinąć i przetestować..  ;) 


Takie techno w kulce mi wyszło :D


Na tym miał być koniec, ale ponieważ woda miała jeszcze po techno szaleństwie, sporo barwnika w sobie, skoczyłam po kolejny motek (co z przewijaniem na krzesłach trwało jakieś 20 minut) by w te pędy wrócić i do lekko schłodzonej już wody, kolejne moteczki wrzucić.


Powstał motek z paskami w dwóch odcieniach pomarańczy i brązoszarości, męski, dla Połówka, na cudownie luksusowej bazie (merino, kaszmir i jedwab - tak, poprzewracało się mi w d.... główce! ;)). Motek ochrzciłam: Socks in flames! :D 



Chwilę później mnie tchnęło, że to jednak niesprawiedliwe, że Połówek będzie nosił kaszmiry na nogach z jedwabiami, i poleciałam po kolejny taki sam motek. Wróciłam (znów 20 minut później) z towarzyszącym przekonaniem, że trochę mniejszy ten dystans zrobiłam tym razem (krzesła jakoś się bliżej siebie znalazły) - i z tą radością (przecież te motki miały dokładnie taki sam metraż, ale to do mnie dotarło nieco później) zabrałam się do pracy. Całą swoją uwagę skupiłam na mikro ilościach barwników dla stonowanej nieco, niż jej poprzedniczki, dziewczyńskiej skarpeteczki. Poznajcie: niuanse.



Farbowanie chociaż fascynujące, jest tak wycieńczającą fizyczną robotą, że choćby mi mieli miliardy zapłacić, nie podejmę się nigdy robienia tego na większą skalę niż na własne potrzeby. I tutaj należy się wszystkim farbującym ukłon, po ziemię, z czołem muskającym gruntu. Jestem centusiem i dusigroszem (krakowskie korzenie zobowiązują), ale jeśli mam zaoszczędzić śladowo tam, gdzie nie tyle talent, chociaż bez tego farbowanie bywa przeciętne, a wiadomo, że nie tego szukamy w ręcznie farbowanych włóczkach, co prawie katorżnicza fizyczna praca równa z kopaniem rowów jest nieodłączną częścią procesu farbowania, to szczerze mówiąc, chromolę oszczędzanie. 

Dlaczego katorżnicza? Zacznijmy od tego, że motki to trzeba przygotować do tego farbowania, przewinąć tryliard razy po drodze, przygotować studio, zabezpieczyć, nie mówiąc już o unoszącym się aromacie ogórka z zalewy octowej, tyle, że bez cukru i czosnku.. i to wszystko trzeba zrobić ZA KAŻDYM RAZEM! Wyobrażam sobie, że cała ta operacja, która w farbowaniu sprawia najwięcej frajdy, jest równie krótka, co mgnienie oka, i przypomina ekspresowo przemijające "bzium" maszyny do szycia podczas zszywania sukienki.. A jak podejrzewam, a te z Was które z maszyną do szycia obcują na co dzień, lub chociażby od święta, wiecie, że proces przed włączeniem i tuż po wyłączeniu maszyny zajmuje jednak najwięcej czasu. 

Z farbowaniem jest podobnie. Samo farbowanie, pikuś, wrzuć do garnka, posyp proszkiem, pogotuj.. gotowe.. 

Ale to ani nie początek, ani nie koniec. Przecież tę włóczkę trzeba wyciągnąć tak by nie sfilcować, wypłukać tryliard razy, rozwiesić, pomacać czy wyschła. Pal licho jak to jest jeden czy dwa motki, ale przy 10 albo 50 to się robi zwyczajna fizyczna praca! Plecy bolą mnie po 3 motkach, nie wyobrażam sobie co by mnie bolało po 50.. A jakby tak jeszcze chcieć te kulki ręcznie zwinąć potem, żeby paseczki w kulce podkreślić, trzeba by było znów wokół tych samych krzeseł zasuwać robiąc te kilometry. Przy 10 kuleczkach standardowej włóczki skarpetkowej (400m / 100g) - to tylko 4 km, ale razy 2, czyli 8. Przy 20, dystans się nieco zwiększa.. do ilu? 32 km? toż to więcej niż półmaraton!

Serce mi bije radośnie oglądając moje moteczki, ale trafia mnie coś jak sobie pomyślę, że muszę je z powrotem wyłazić.. może kiedyś skarpetki powstaną! może..  ;) 

Ściskam Was serdecznie! i idę się przejść.. wokół krzeseł...

A jeśli kiedyś pomyślisz, jakie to strasznie drogie są ręcznie farbowane skarpetkowe samopaskujące się włóczki - zafarbuj z 5 motków seryjnie. Gwarantuję, że szybko się z tego wyleczysz ;) 

Dodatek z dnia 16.11.2017 

Tak się prezentują włóczki w gotowych skarpetkach :) 




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...